Liberalizm po korekcie. Relacja z Europejskiego Forum Nowych Idei 2014 w Sopocie

RAFAŁ SZYMANOWSKI

Trudno we współczesnym świecie o towar bardziej deficytowy, a jednocześnie pilniej potrzebny niż nowe idee. Świat w ciągu ostatnich lat stał się dla wielu ludzi nie tylko miejscem coraz mniej przyjaznym i bardziej niebezpiecznym, ale również przestrzenią, w której coraz szybciej zanika umiejętność myślenia utopijnego, sięgającego poza horyzont dostępnych możliwości. Wielcy filozofowie zwracali uwagę na krępującą i kastrującą siłę rzeczywistości. Idee to instrumenty oderwania się od tego, co jest i początek myślenia w kategoriach możliwości. Dzięki nim potrafimy zerwać z zasadą rzeczywistości i spojrzeć na świat od strony swojego niedokonania, tego co jest w nim jeszcze do zrobienia i ukształtowania[1]. Idee, które zdominowały ostatnie dwie dekady: koniec historii, globalna konwergencja kapitalizmu czy nieuchronny marsz globalizacji i wolnego rynku coraz bardziej przygasają nie wytrzymując konfrontacji z realiami. Nowoczesna Zatoka Sztuki zbudowana na urokliwej sopockiej plaży, sale konferencyjne hotelu Sheraton oraz szumiące nieopodal fale Bałtyku – sceneria, w jakiej rozgrywały się najważniejsze wydarzenia ostatniego Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie – wydają się być wymarzonym miejscem do tego, aby pomyśleć jak poukładać świat na nowo.

Uczestnicy i goście konferencji w trakcie trzech sesji plenarnych, szesnastu paneli dyskusyjnych, trzech okrągłych stołów, kilku tur rozmów toczących się po zmroku oraz licznych wydarzeń towarzyszących dyskutowali nad zagadnieniami niezwykle różnorodnymi, takimi jak przyszłość europejskiego państwa dobrobytu, kalendarz akcesji Polski do strefy euro, konflikt między wolnością a kontrolą w Internecie, reindustrializacja jako szansa na wzrost gospodarczy, europejska opinia publiczna. Debatowano zarówno kwestie zasadnicze, takie jak źródła przewagi konkurencyjnej w XXI wieku oraz problem „władzy pieniądza” jako współczesnego zagrożenia dla wolności, a także sprawy szczegółowe, takie jak korzyści i zagrożenia związane z nową umową handlową negocjowaną między USA a UE oraz lista priorytetów dla nowej Komisji Europejskiej.

Jeśli wśród uczestników sopockiej konferencji byli marzyciele i idealiści, to najprawdopodobniej opuścili imprezę nie w pełni usatysfakcjonowani. Prawdziwie przełomowe i nowatorskie pomysły, o jakich dyskutuje się dziś na świecie, to chociażby postulat skrócenia czasu pracy jako sposób na ograniczenie bezrobocia, powszechny dochód gwarantowany czy koncentracja na rozwoju społecznym jako zmianie jakościowej w miejsce nieustannego powiększania wzrostu gospodarczego. Tego rodzaju koncepcje nie wybrzmiały szczególnie głośno podczas tegorocznego EFNI. Brak osobnego panelu poświęconego sytuacji absolwentów i osób młodych na dzisiejszym rynku pracy wydaje się być niedopatrzeniem ze strony organizatorów. Gdyby lokalna odmiana duetu Yes Men sforsowała szczelny mur ochroniarzy i przedostała się do samego środka konferencji, z pewnością znalazłaby wiele materiału do swoich żartów. Wystarczy wspomnieć, iż w trakcie czwartkowej sesji plenarnej na ekranie wyświetlono opinię jednego z uczestników, który poprzez aplikację mobilną udostępnioną gościom forum pytał, co jest właściwie takiego złego w tym, że duży biznes ma tak wielki wpływ na system polityczny skoro to on utrzymuje państwo.

Patrzenie na EFNI przez alterglobalistyczne okulary i przykładanie do oceny konferencji biznesowej miar właściwych Porto Alegre nie ma jednak wiele sensu. EFNI, mimo swojej pięknej nazwy, nie jest laboratorium pomysłów na naprawę świata, lecz międzynarodową konferencją gospodarczą, która zajmuje się europejską gospodarką i perspektywami jej rozwoju. Jej głównymi adresatami, niezależnie od liczby artystów i profesorów uczestniczących w panelach dyskusyjnych, są przedsiębiorcy zainteresowani konkurencyjnością swoich firm oraz ich otoczeniem instytucjonalnym. Lekceważąc takie imprezy nie dostrzeże się jednak jednego z ważniejszych procesów we współczesnym świecie, a mianowicie korekty, jaka zachodzi w obrębie samego liberalizmu. Po globalnym kryzysie ekonomicznym nawet neoliberałowie wpadli w chaos i zwątpili w swoje, tak pewnie do tej pory recytowane, proste recepty na wszystkie problemy świata. Dzisiejszy duży biznes oglądany z perspektywy imprezy Lewiatana deklaruje zaniepokojenie rozwierającymi nożycami nierówności społecznych, martwi się o przyszłość europejskiego państwa dobrobytu, troszczy o efektywną współpracę z administracją państwową, regulatorami rynku, a nawet związkami zawodowymi. Zrozumiał, iż na świecie istnieją różne modele instytucjonalne gospodarki rynkowej, a wariant anglosaski wcale nie musi być tym najlepszym. Jest gotów wspierać niskoemisyjną gospodarkę pod warunkiem, iż uda się wpisać ją w skuteczną strategię budowania przewagi konkurencyjnej Europy. Sprawia również wrażenie gotowego do podzielenia się generowanym przez siebie bogactwem, choć oczywiście z zastrzeżeniem, iż wysoka progresja w systemie podatkowym nie jest najlepszym sposobem osiągnięcia większej spójności społecznej.

Najbardziej wywrotowe poglądy, jakie padły na konferencji, wygłosili jednak ludzie nauki, kultury i polityki, których biznes na EFNI zaprosił. Słynny amerykański politolog Benjamin R. Barber, który brał udział w sesji plenarnej poświęconej źródłom przewagi cywilizacyjnej w XXI wieku, zakwestionował wręcz istotność sformułowanego w tytule sesji dylematu. Jego zdaniem samo pytanie o konkurencyjność jest częścią problemu; „competitiveness” powinno zejść na dalszy plan w sytuacji, gdy zagrożone jest „sustainability”. Barber stwierdził, iż dyskutowanie nad instrumentami budowania narodowej konkurencyjności gospodarczej jest nierozsądne, jeśli wyczerpują się surowce naturalne i niszczona jest planeta, co zagraża samym biologicznym podstawom przetrwania gatunku ludzkiego. Jakie znaczenie ma kto wygra, skoro na końcu i tak wszyscy możemy być martwi? – pytał politolog. Barber powtórzył znaną już od dawna tezę, iż żyjąc we wspólnotach ukształtowanych według archaicznych reguł siedemnastowiecznej organizacji politycznej, w postaci suwerennego państwa narodowego, próbujemy uporać się z rozproszonymi, trudno uchwytnymi, przenikającymi granice wyzwaniami XXI wieku. Rozwiązanie, które politolog proponuje, polega na odwrocie od dysfunkcjonalnych państw i skupieniu się na kooperacji miast, które stały się areną codziennej pozytywistycznej pracy na rzecz poprawy zdrowia, życia, bezpieczeństwa i dobrobytu obywateli. United Cities zamiast United Nations – tak w skrócie brzmi pomysł Benjamina R. Barbera na wyzwania obecnego stulecia, który dokładniej opisuje w swojej niedawno przetłumaczonej na język polski pracy If Mayors Ruled the World: Dysfunctional Nations, Rising Cities (Gdyby burmistrzowie rządzili światem: dysfunkcyjne kraje, rozkwitające miasta).

Politolog Radosław Markowski, w trakcie sesji plenarnej poświęconej zagrożeniom związanym z władzą pieniądza, przypomniał przedstawione w pracy Unequal Democracy: The Political Economy of the New Gilded Age badania amerykańskiego politologa Larry’ego Bartelsa, poświęcone rosnącym w Stanach Zjednoczonych od trzech dekad nierównościom dochodowym i ekonomicznym. Wynika z nich jednoznacznie, iż przepaść między najzamożniejszymi a najbiedniejszymi powiększa się w dużym stopniu nie z powodu procesów globalizacji gospodarczej czy zmian technologicznych na rynku pracy, ale jako rezultat polityki gospodarczej i fiskalnej prowadzonej przez rządy republikańskie. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Adam Jasser w trakcie debaty poświęconej relacjom państwa i gospodarki po kryzysie wyraził pogląd, iż konieczne jest znalezienie równowagi pomiędzy koniecznymi reformami strukturalnymi a armią bezrobotnych młodych ludzi. Jasser stwierdził, iż nie można beztrosko apelować o twarde działania reformatorskie, które przyniosą efekty w perspektywie dziesięciu albo dwudziestu lat, jeśli w tym samym czasie dorasta już drugie stracone pokolenie. Reformatorska pryncypialność powinna ustąpić miejsca próbom pomocy młodym ludziom oraz znalezieniu sposobów ocalenia minimalnej choćby kohezji społecznej.

Tegoroczne EFNI dało kilka powodów do optymizmu. Konferencja pokazała realne postępy polityczne, jakich dokonały wszystkie strony dialogu społecznego w Polsce. Jeśli rozumieć politykę jako sztukę trzeźwej racjonalizacji każdego dylematu, to można stwierdzić, iż trakcie dyskusji poświęconej szczegółom negocjacji umowy handlowej TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership) między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską każda ze stron zademonstrowała godną szacunku dojrzałość polityczną. Reprezentanci pracodawców i izb handlowych wskazali zarówno sektory i branże, które mogą najbardziej na umowie zyskać, jak i te, które będą musiały szykować się do ostrej rywalizacji o zagraniczne rynki. Przedstawiciel NSZZ Solidarność w imieniu związków zawodowych zadeklarował, iż pracownicy nie są z gruntu przeciwni porozumieniu; ich wątpliwości budzi natomiast nieprzejrzystość prowadzonych negocjacji, która stawia pytania o uczciwą reprezentację interesów szerokich grup społecznych, a także może świadczyć o próbie obejścia praw pracowniczych, prawa do negocjacji zbiorowych i ochrony socjalnej. Wręczoną podczas EFNI nagrodę „Emerging Market Champions” zdobył KGHM Polska Miedź, co zbiegło się w czasie z otwarciem przez polską firmę kopalni Sierra Gorda w Chile. Inwestycja ta jest jednym z największych i najszybciej zrealizowanych projektów górniczych na świecie. I szkoda tylko, iż całkowite wydatki KGHM na działalność badawczo-rozwojową w 2011 roku według oficjalnej strony internetowej firmy kształtowały się na poziomie 0,11% – 0,17% wartości dochodów. To może być dobry temat na EFNI w przyszłym roku.  

Relacja ukaże się numerze 10, jesień-zima 2014.

Rafał Szymanowski [rafal.szymanowski@amu.edu.pl] – doktorant w Zakładzie Gospodarki Międzynarodowej WNPiD UAM w Poznaniu. W kręgu jego zainteresowań badawczych znajdują się: ekonomia polityczna, procesy globalizacji, problematyka zmian cywilizacyjnych, współczesny światowy kryzys gospodarczy, nowe ruchy społeczne, a także przyszłość socjaldemokracji oraz państwa dobrobytu.


[1] Myśl tę formułuję na podstawie lektury rozmowy z filozofką Agatą Bielik-Robson (Bielik-Robson, 2012).